Wczorajszy wieczór był dla mnie wielkim doświadczeniem. Piękno i potęga dzikiej północy Rusi wywarły na mnie wrażenie nieporównywalne do niczego, co wcześniej widziałem z wirtualnego nieba…

Wszystko zaczęło się na wojskowym lotnisku oddalonym od Leningradu o niespełna 15km. Była godzina 5.55 czasu lokalnego. Niedopita herbata, do połowy zjedzona kromka czerstwego chleba, przykryta plastrem żółtego sera, pozostały jeszcze nie uprzątnięte w kantynie, gdy powolnym krokiem zmierzałem przez płytę lotniska do hangaru. Słońce leniwie rozciągnięte nad horyzontem dokuczało zmęczonym oczom. Pofałdowana blacha hangaru okrywała smukłą sylwetkę mego Jaka 3. Poczciwa maszyna. Znamy się od kilku miesięcy. Nasz pierwszy raz niemal nie skończył się centralnym zderzeniem z maszyną Fw-190 Luftwaffe. Szczęśliwie ”adolfik” był się rozerwał na tysiące drobnych odłamków na około 40m przed nosem mojej maszyny. Nie łatwo o takie zwycięstwo nad FW, którego odporność na ostrzał urosła do rangi legendy. Jednak, tym razem - seria radzieckich pocisków, kaliber 20mm, poskromiła złowrogą kreaturę.
Stary, poczciwy Jakowlew. Siergiej kiwnięciem głowy daje znać, że wszystko w porządku. Wciskam “kontakt” i maszyna zaczyna nerwowo wibrować, hangar wypełnia ryk silnika i znajomy zapach spalin. Otwierane drzwi hangaru niemiłosierni zgrzytają pod wpływem szorowania po nierównej metalowej szynie. Manetka delikatnie w przód i “Olga” sprawnie wytacza się przed hangar. Za mną już pędzi Władimir w swojej maszynie.
Do kabiny wdziera się ostre powietrze. Mgła jeszcze otula zieleń soczystych traw wzdłuż betonowego pasa. Zwisającą rękę, w oczekiwaniu na pozwolenie do startu, przesuwam bez celu po wilgotnej blasze tuż pod prowadnicą owiewki. Chłód zaległ na metalowych elementach kabiny. Jest pozwolenie. Manetka do oporu. Władimir czyni to samo, i z hukiem pędzimy po pasie w stronę wschodzącego słońca.
Maszyna pnie się w górę, przed moimi oczyma otwiera się bezkresna Ruś. Przechylam maszynę delikatnie na lewe skrzydło. Władimir jest tuż za mną, po mojej prawej stronie. Cały czas wznosimy się. Mgła, trawa, beton, ludzie…, wszystko zostaje w dole. Wznosimy się powoli, nie ma potrzeby by rezygnować z widoku otwierającego się przede mną.
Głęboka zieleń lasów popękana licznymi korytami strumieni otula nieliczne, już żółknące pola. Ludzi nie widzę. Tylko ziemia – Ruska Ziemia. Atmosfera jest niesposobna do opisania. Maszyna Władimira bucha niebieskimi płomieniami z rur wydechowych. Huk silnika, warkot tnącego powietrze śmigła i trzaski w hełmofonie – to wszystko co słyszę. I nie mam ochoty na więcej.
Pędzimy na wschód. Miasto noszące imię Wodza zostało kilkadziesiąt kilometrów za naszymi ogonami. Teraz mknę wzrokiem po delikatnym brzegu Ładogi. Ślizgam się w powietrzu jak delfin wzdłuż bałwanów spienionej wody, ledwo widocznych z tego pułapu. Jej granat rozbłyskuje promieniami wschodzącego słońca, które pomarańczową poświatą pokrywa wszystko na swej drodze. Lecimy wzdłuż południowego brzegu jeziora. Z mojej perspektywy nie mogę dojrzeć północnego brzegu, to jakby ocean słodkich wód rozerwał ziemię pod mymi skrzydłami.
Po 25 minutach od przekroczenia miejsca, w którym początek bierze Newa, zbliżamy się do szerokiej delty Wołchowa. Dalej polecimy jego korytem. Jeszcze chwila, dosłownie kilka minut dzieli nas od grodu zajętego przez Ruryka – Starej Ładogi. Obniżamy lot. Wystarczy delikatne zejście w dół i w prawo by po chwili moja maszyna podrywała wodę za ogonem. Jestem kilka metrów na rzeką. Brzegi otacza mroczny, pierwotny las. Teraz stanowi dla mnie brunatną ścianę. … CDN.

….
